Drugie w tym roku dożylne przeleczenie

Życie nauczyło mnie, że nie warto snuć planów na dłuższą metę, gdyż te nie zawsze da się zrealizować, tak jakby się chciało. Kiedy trzy miesiące temu, po zakończeniu dożylnego przeleczenia, opuszczałem klinikę w Heidelbergu, nawet po cichu nie myślałem, że wrócę tu jeszcze w tym roku. A jednak tak się stało!

W czwartek (26.11) miałem wizytę kontrolną w poradni mukowiscydozy i to wtedy zapadła decyzja o poddaniu się kolejnemu w tym roku dożylnemu przeleczeniu. Innego wyjścia nie było! Mimo, że poprzednia kuracja zakończyła się pomyślnie, to nie cieszyłem się zbyt długo zdrowiem i dobrą formą. Mówiąc dokłanie – dwa tygodnie. Przez taki okres byłem zdrowy i w pełni sił.

Wysoki poziom CRP, jaki wykazało badanie krwi, świadczył o trwającym w organizmie stanie zapalnym. Jakby tego było mało, kiepski wynik spirometrii również nie napawał optymizmem. 51% pierwszosekundowej wydolności oddechowej to nie tylko najgorszy wynik od czasu kiedy leczę się w Niemczech, ale także najgorszy wynik, jaki kiedykolwiek u siebie zanotowałem. O ile sama wartość “51” niewiele mówi, to porównując z dwoma poprzednimi badaniami z września i października, nastąpił zbyt duży spadek objętości płuc w tak krótkim czasie. 4 września (badanie wykonane w ostatni dzień dożylnego przeleczenia) FEV1 wyszło na poziomie 74,6%. Zaś w 27 października (badanie wykonane u lekarza rodzinnego) – 63,4%. Jak więc widać nastąpił spadek o 23,6 punkta procentowego.

Pobyt w klinice

Sam pobyt w klinice mogę uznać za udany i “standardowy”. Pierwszy dzień zleciał na załatwianiu szpitalnej papierologii, pobraniu krwi do badań, założeniu wenflonu, poddaniu się testowi na covid’a i rozpoczęciu dożylnej antybiotkoterapii. Fizycznie nie czułem się nawet taki słaby, jakby się mogło wydawać, choć wyniki krwi mówiły coś innego. Około godziny 13:00 do pokoju zawitała pani doktor z informacją, że decyzja o poddaniu się przeleczeniu była słuszna, gdyż obecny poziom CRP przekroczył „magiczną” u mnie granicę 50.

Po południu wykorzystałem słoneczną pogodę i poszedłem na krótki spacer standardową trasą: klinika – cmentarz – szafa z książkami – klinika. Jako, że pobliski cmentarz położony jest na wzniesieniu, spacer ten wykorzystuję zawsze do sprawdzenia swoich fizycznych sił. Tempo jakim się poruszałem było powolne z małymi przerwami na złapanie oddechu, ale w miarę jednolite. W porównaniu z tym samym spacerem sprzed trzech miesięcy, teraz było lepiej.

Część cmentarza w Heidelbergu w dzielnicy Rohrbach z widokiem na kościół.

Całkiem inaczej wyglądał kolejny (drugi) dzień pobytu w klinice. Nagła zmiana pogody ze słonecznej na śnieżno-deszczową powaliła mnie na kolana. Może i poranny widok pierwszego w tym sezonie śniegu za oknem był fajny, ale na tym koniec. Przespałem praktycznie cały dzień i nie było nawet mowy o jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Do tego przez cały dzień miałem trudności ze swobodnym oddychaniem. Nic nie postawiło mnie na nogi: ani leki przyjmowane w większych niż zwykle dawkach, ani kawa.

Śnieżny poranek przed kliniką, 1.12.2020 r.
Śnieżny poranek przed kliniką, 1.12.2020 r.
Śnieżny poranek przed kliniką, 1.12.2020 r.
Śnieżny poranek przed kliniką, 1.12.2020 r.

Dopiero następnego dnia odczułem poprawę samopoczucia. Mimo, iż przez pierwszą połowę dnia brakowało mi jeszcze sił na złapanie pełnego oddechu, to fizycznie nie czułem się już tak osłabiony . Pozytywną informacją zakończyło się także badanie spirometrii, które pokazało poprawę wartości FEV1 o 10 punktów procentowych. Ze wspomnianych wcześniej 51% do 58%.

Ukryty cel?

Przeleczenie, które będę kontynuował przez kolejne 10 dni w domu, w ramach domowego dożylnego przeleczenia, ma na celu nie tylko postawienie mnie na nogi i doprowadzenie do lepszej formy. Jest jeszcze coś, o czym mam nadzieję będe mógł wkróce nieco więcej napisać.

A tym czasem do następnego wpisu.