Witamina C

początki

Z tego, co pamiętam, na przełomie lata i jesieni 2015 r., na facebookowej grupie poświęconej mukowiscydozie ktoś umieścił link do wykładu poświęconego właściwościom witaminy C. Z pozoru nie było w nim nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przekazana mi wiedza i informacje były całkiem inne niż te, które znałem pory i – nie ma co ukrywać – były one nieco szokujące! (patrz poniższy film). Po obejrzeniu wykładu, zadałem sobie pytanie: “Jak to właściwie z tą witaminą jest ?”.

Dotychczasowa wiedza

Moja dotychczasowa wiedza o witaminie C była – że tak to określę – dwubiegunowa. Z jednej strony wiedziałem, że w okresie jesienno-zimowym oraz w trakcie przeziębienia, dobrze jest sobie zrobić np. herbatę z cytryną, która to cytryna zawiera tę witaminę. Z drugiej zaś strony, od pewnych osób dowiedziałem się, jakoby mając przeziębienie, absolutnie nie wolno przyjmować tej witaminy (podobnie jak różnego rodzaju medykamentów na przeziębienie, które ją w sobie zawierają). Im więcej jej wtedy przyjmiemy tym gorzej dla nas. Takie informacje na przestrzeni ostatnich lat przekazało mi kilka osób: od członków rodziny począwszy, po aptekarzy, na lekarzu rodzinnym kończąc.

Powodem ku temu, miało być to, iż przyjmując witaminę C w momencie kiedy nasz organizm jest osłabiony (a taki dzieje się chociażby podczas przeziębienia), my – przyjmując tę witaminę – osłabiamy go jeszcze bardziej. Raz nawet miałem okazję doświadczyć tego na sobie, kiedy podczas przeziębienia zacząłem brać – z tego co pamiętam – Rutinoskorbin C. Ku mojemu zdziwieniu, zamiast sobie pomóc i czuć się lepiej, zaszkodziłem sobie, stan zdrowia mi się nie poprawił, zaś przeziębienie przeszło w poważniejszy stan zapalny i wszystko skończyło się antybiotykoterapią. Dopiero niedawno, czytając II część “Ukrytych terapii” Jerzego Zięby, dowiedziałem się, jaka reakcja zachodzi w organizmie, kiedy stosujemy zbyt niskie dawki witaminy C i dlaczego dopiero przy zastosowaniu wysokich dawek (choć w tym przypadku “wysoka” dawka jest pojęciem względnym) uzyskujemy pożądany efekt.

Co na to apteka?

Po obejrzeniu pokazanego wyżej video, jak i zapoznaniu się z odnalezioną w Internecie lekturą na temat witaminy C, postanowiłem odwiedzić najbliższą aptekę i dopytać się, jak to z nią faktycznie jest, a przy okazji zakupić pierwsze dawki do testowania. Już na wstępie zapytałem się, jaką największą dawkę jestem w stanie otrzymać i okazało się, że jest to 500 mg w jednej dawce. Sama witamina była w formie kapsułek do połknięcia (podobnie jak Kreon) i szczerze mówiąc to mi zbytnio nie odpowiadało. Chcąc przyjmować znaczne ilości nowych preparatów, nie miałem zamiaru dodatkowo faszerować się “plastikiem” i wszystkim tym, co się w nim znajduje.

“Należy unikać tabletek, które w swoim składzie mają składniki niepotrzebne naszemu organizmowi, co może mieć negatywny wpływ przy dużym i przewlekłym ich przyjmowaniu. Chodzi tutaj m.in. o stearynian magnezu, który kryje się czasami pod nazwą: sól magnezowa stearynianiu.”

Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=xl5RzHAWboY

Jednak na początkowym etapie eksperymentowania wszytko jest dobre. Dlatego też zakupiłem kapsułki i podjąłem pierwsze testy. Jednak tak szybko jak zacząłem je przyjmować, tak szybko też skończyłem. Dlaczego? Bo podjąłem “drugie podejście”.

Drugie podejście

W drugiej połowie listopada nawiązałem kontakt z mieszkającą w Niemczech, a pochodzącą z Polski kobietą, która ma chore dziecko na mukowiscydozę. Jako, że jej córka nie przepadała za kwaśnym smakiem witaminy w formie proszku do rozpuszczenia, otrzymałem od niej do przetestowania 1-kilogramowe opakowanie.

Początek nowej kuracji, zbiegł się u mnie z tym, iż od miesiąca brałem również wodę utlenioną, o której również piszę na tej stronie. Wróćmy jednak do witaminy C. Od samego początku zacząłem ją przyjmować w dawce około 1.000 mg (1 gram) na dobę – była to jedna płaska, mała łyżeczka proszku. Najczęściej przed pójściem spać. Jedynie w okresach zaostrzeń choroby, kiedy czułem, że coś mnie bierze, zwiększałem dawkę do 3-4 gramów (3-4 razy dziennie po 1 gram).

Czy na pewno 1 gram?

Szczerze mówiąc, od samego początku nie byłem do końca pewien, czy przyjmuję dawkę dokładnie 1 grama witaminy. Spowodowane było to tym, iż do opakowania nie załączono żadnej miarki, dlatego też tylko z polecenia znajomej, początkowo brałem 1 płaską łyżeczkę proszku, która miała pojemność około 4-5 ml, a później stosowałem miarkę z dziecięcego mleka w proszku (pojemność 10 ml), którą napełniałem zawsze do połowy. Dopiero kiedy sam zakupiłem witaminę, do zestawu dołączona była mała plastikowa miarka o pojemności 2-3 ml, którą stosuję do dziś.

W jakiej formie?

Na początku kuracji bardzo często pojawia się pytanie o to, a jakiej formie stosować witaminę? Mam tu na myśli przede wszystkim jej „czystą” postać (jako prosty związek chemiczny), w formie proszku lub też w formie tabletek i bez żadnych dodatków, albo z dodatkami, które wspomagają wchłanianie samej witaminy. Ja miałem okazję przetestować dwie z nich i to z różnych skutkiem.

Po wykorzystaniu pierwszej “próbki” witaminy C w formie czystego proszku i pozytywnych efektach, postanowiłem przetestować tabletki z dodatkiem wyciągu z dzikiej róży, który odpowiada m.in. za lepsze wchłanianie czy też przyswajanie witaminy (na 1000 mg witaminy w tabletce było 25 mg wyciągu). Ponadto stwierdziłem, że tabletki będą łatwiejsze w podawaniu i nie będzie trzeba “męczyć” się z kwaśnym smakiem, jaki towarzyszył wypijanym “miksturom” w formie herbaty. Po kilku tygodniach odstawiłem jednak tabletki i wróciłem do proszku, bo w moim odczuciu tabletki nie dawały takiego samego efektu. Ponadto była to jesień i przyplątało mi się jakieś przeziębienie, którego tabletkami nie byłem w stanie wyleczyć. Dodatkowo tabletki te w swoim składzie zawierały związki, o których pisałem wcześniej.

Gdzie kupić, od kogo i za ile?

Na pierwszą część pytania odpowiem krótko: w Internecie. Zaś na drugą odpowiem krótko: Nie wiem! Na portalach aukcyjnych (allegro, ebay, amazon…) mnogość tego typu preparatów jest tak duża, że tak na prawdę nie wiadomo co wybrać. Nie mówiąc już o różnorakich jego cenach.

Dlatego też sam dla siebie wybrałem produkt ze średniej – moim zdaniem – półki. Nie za drogi, ale też nie z tych najtańszych. Było to dokładnie to: kliknij w link, z tą różnicą, że jeszcze do niedawna pół kilogramowe puszka kosztowała 19,99 zł. Co do samej jeszcze ceny produktu, to posiadam również relację innego chorego, który stwierdził, że kupuje praktycznie najtańszą formę takiej witaminy, w czystej sproszkowanej postaci i według jego opinii działa ona również dobrze i widzi pozytywne efekty jej stosowania.

Preparat, który stosuję obecnie

Przyjmowanie

Sposób 1. W szklance wody (200-250 ml) rozpuszczam 1 pełną miarkę witaminy w proszku (lub płaską łyżeczkę kuchenną). Jako, że taka forma jest w smaku bardzo kwaśna, po wymieszaniu wody, do powstałego roztworu dosypuję 2 łyżeczki herbaty cytrynowej (można dodać też innej, jak kto woli). I tak wypijam przygotowaną “miksturę”. Jeśli po jej wypiciu, w szklance zostaje niewielka ilość nierozpuszczonego proszku, dolewam dodatkowo trochę wody i dopijam do końca.

Sposób 2. Do kubka chłodnej, a czasami zimnej herbaty (takiej, której nie udało mi się wypić) dosypuję tyle samo proszku, ile w sposobie 1. Mieszam wszystko i wypijam, a jeśli po wypiciu na spodzie pozostanie niewielka ilość nierozpuszczonego proszku, to czynię jak opisałem to wyżej.

Moja dzienna, początkowa dawka witaminy C

Działanie w praktyce

To, czy nowa terapia działa i ma sens, miałem okazję przekonać się szybciej, niż sam bym się tego spodziewał. W połowie grudnia, otrzymałem z urzędu pracy skierowanie na 2-miesięczne seminarium związane z powrotem osób bezrobotnych na rynek pracy. Nie będę ukrywał, że w praktyce działanie to nie miało nic wspólnego, z takim założeniem, ale nie o tym tutaj teraz mowa.

Moim gównym problemem były codzienne dojazdy rowerem na seminarium. I choć 10-15 minut drogi w jedną stronę, na rozpoczynające się o godz. 8:00 zajęcie to nie tragedia, to po moich ostatnich problemach zdrowotnych, po których w końcu wróciłem do pełni sił, miałem pewne obawy. Przypomnę tylko, że jeszcze przed półtorej roku (pierwsza połowa 2015 r.) mój stan zdrowia był najgorszy odkąd kiedykolwiek pamiętam. Stan zapalny w płucach był tak wielki, że nie pomagały mi dziesiątki Ibuprofenów, ani antybiotyki. Do pełni zdrowia wróciłem dopiero po dwutygodniowym dożylnym przeleczeniu.

Szczególnie sposób dojazdu na seminarium napawał mnie obawami. Praktycznie od 10 lat miałem problemy z obniżoną odpornością organizmu. Przegrzanie się, a późniejsze wyjście na dwór kończył się stanem zapalnym i chorobą. I na to byłem teraz najbardziej narażony (nie ważne czy pada deszcz, czy wieje wiatr, jechać trzeba było). Nie będę tutaj opisywał szczegółów, ani przebiegu mojego stanu zdrowia przez kolejne 2 miesiące, a przedstawię jedynie małe podsumowanie.

Po dwóch miesiącach zauważyłem niewielki spadek formy zdrowotnej, związany ze zwiększonym zaflegmieniem płuc i potrzebą dłuższego czasu inhalacji. Mimo to udało mi się “przetrwać” to całe seminarium bez większego uszczerbku na zdrowiu. Nie zachorowałem, nie brałem antybiotyków i ani jednej tabletki Ibuprofenu, od którego jeszcze do niedawna byłem uzależniony. A w całym tym dwumiesięcznym okresie tylko 2 lub 3 razy musiałem zwiększyć dawkowanie witaminy C, gdyż byłem przeziębiony i zauważyłem oznaki zbliżającego się stanu zapalnego płuc. Na tym moje ówczesne problemy się kończyły.

Co na to inni?

Na koniec przytoczę opis jednej z moich znajomych, która oprócz stosowania witaminy C na sobie, stosuje ją u członków swojej rodziny, jak i u kilkuletniego syna.

“Mój syn przez półtora roku nie był chory, żadnego antybiotyku. Jak tylko pojawiało się pociąganie nosem, to zwiększałam dawkę i katar się nie rozwijał. A wcześniej z choroby w chorobę. W grudniu owszem, musiałam skapitulować, ale tak paskudnie kaszlał, że zgodziłam się na antybiotyk, bo od miesiąc naturalnymi sposobami nie przechodziło. Ale żadnej gorączki nie było. […] Na pewno od momentu włączenia dużych dawek witaminy C nie chorujemy na przeziębienia, grypy, anginy itp. Mój syn w ubiegłym roku szkolnym nie opuścił ani jednego dnia przedszkola z powodu choroby – gdy tymczasem jego rówieśnicy po kilka razy z rzędu.

Jeśli to nie jest dowód na jej działanie, to nie wiem co może jeszcze ludzi przekonać.”

Relacja matki kilkuletniego chłopca

Podsumowanie

Decyzja o ewentualnym wdrożeniu (lub też nie) terapii witaminą C należy tylko i wyłącznie do ciebie. Trzeba pamiętać o tym, że każdy z nas – mam tutaj na myśli chorych na mukowiscydozę – choruje inaczej i każdy z nas (również zdrowy) reaguje inaczej na przyjmowane preparaty.

Jeśli zaś o mnie chodzi, to od antybiotykoterapii, która zakończyła się 4.11.2015 r., aż do sierpnia-września 2017 r., kiedy pogorszył się mój stan zdrowia, ten miniony czas opisałbym tak:

  • ani razu nie byłem poważnie chory,
  • nie brałem ani jednej tabletki Ibuprofenu oraz żadnych antybiotyków,
  • największym problemem były jedynie pojawiające się czasami przeziębienia, spadek formy fizycznej oraz wzmożona produkcja wydzieliny w płucach. Taki stan rzeczy miał miejsce najczęściej wtedy, kiedy sam przeholowałem z moją aktywnością albo miałem zabiegany tryb dziennego funkcjonowania.
  • każde przeziębienie, czy też spadek wydolności organizmu zwalczałem witaminą, o której tutaj mowa.